18. Conan Barbarzyńca (1982) reż. John Milius
Opinia X:
(10.07.2020 widziane w domu)
To był naprawdę zacny i udany seans, o Cromie! Historia mocarnego wojownika Conana, który pragnie zemścić się na wrogach, odpowiedzialnych za morderstwo jego rodziny. Od barbarzyńcy do potężnego władcy. Baśń jakich teraz już nikt nie robi, nie z taką narracją, nie z taką muzyką (naprawdę świetna ścieżka dźwiękowa), nie ze wspaniałym i jedynym, kochanym Arnoldem, człowiekiem renesansu.
Dzieło absolutne.
Arcydzieło kiczowatej scenerii i charakteryzacji. Wyśmienita inscenizacja lokacji, te niedoróbki, ale jakże piękne niedoróbki, o Cromie!
Pamiętliwe sceny, przełomowe efekty specjalne, coś tak ohydnego, że nie potrafię się powstrzymać od zachwytu, ach, ileż piękna! Aktorstwo sztucznie wybitne, dialogi - scenopisarstwo lotów najwyższych, z tych, mierzonych suwmiarką.
Nie pozostaje nic innego, jak spotkanie i towarzystwo. Tak, towarzystwo, a raczej towarzyszenie wielkiemu Conanowi, w jego dzielnej i krwawej tułaczce, ku władzy i spokoju serca.
Niech Crom ma wszystkich towarzyszących w opiece!
Opinia Y:
(10.07.2020 widziane w domu)
Ocena: 6/10
Co tu dużo mówić, nie jest to produkcja wysokich lotów, ale mimo to nie ogląda się jej źle, można się pośmiać, wyluzować, chwilami nawet i pozachwycać nad niektórymi scenami, które znalazły się w takim filmie, w którym byśmy się ich nie spodziewali. Kombinują jak mogą, ale nie robią tego tak jakby próbowali być wybitnym kinem, a taki który jak najbardziej odpowiada poziomowi przedstawianej treści.
Kultowy już Arnold Schwarzenegger ponownie wcielił się w "potężną" postać. Wszyscy chyba się zgodzimy, że nikt inny by tak dobrze do tej roli nie pasował. Gdy postanowimy zetknąć się z tym filmem, we wstępnych napisach przywita nas cytat wielkiego filozofa Fryderyka Nietzschego: "Co nas nie zabije, to nas wzmocni" i kurcze stwierdzam, że idealnie podkreśla on wydźwięk historii Conana Barbarzyńcy (i tak piszę to z lekką ironią, ale w sumie nie do końca, bo naprawdę pasuje xD).
Można się przyczepić do wielu rzeczy, ale ja tego nie będę robić, bo w sumie po co? Nie gryzą one, przynajmniej mnie, aż tak, bo jak już wspomniałam, oni nie próbują udawać wybitności. Czuć zabawę w tym wszystkim, co naprawdę jest dobrym rozwiązaniem przy takich filmach.
P.S. Valeria - ta blondyna przez cały film przypominała mi inną znaną blondynę - tę z zespołu ABBA (mówię o Agnetha Fältskog).
JESTEM TEŻ TUTAJ









Komentarze
Prześlij komentarz