Pojedźmy nad polskie morze...

7.12.2019

Wiele głosów nazywa go magicznym, hipnotyzującym, inni głoszą, że Polskę jednak stać na jakościowe kino i że kiedyś to było, a jeszcze inni nic nie mówią, bo o nim nic nie słyszeli. Ja? Cóż... pewnie wszystkiego po trochu, no może poza tym mówieniem (pisaniem, bo przeca to FB <edit: teraz też i blog>).

O filmie nie słyszałem, natknąłem się przypadkiem, a opis, rok produkcji (1959), gatunek i pozytywny odzew ze strony oglądających nasilił moją ciekawość, zatem obejrzałem. Kameralne, subtelne, psychologiczne (lubię) dzieło Jerzego Kawalerowicza zdecydowanie mnie porwało. Trochę ubolewam, że obecnie podobne dialogi i relacje w pociągach nie są możliwe (na pewno nie w takim stopniu, każdy ma swojego elektronicznego znajomego), ale film o tym nie traktuje. Obraz przedstawia wiele postaci jadących nad morze (to nasze), gdzie głównymi pozostają jednak kobieta i mężczyzna, którzy chcieli być sami...

Muzyka mnie osobiście urzekła (szczególnie wokaliza Wandy Warskiej), a ujęcia, powolne kadry, ukazujące rzeczywistość w iście poetyckim stylu faktycznie hipnotyzują. Doszło do tego, że sprawdzałem ile jeszcze potrwa seans, bo bałem się, że szybko się skończy z dziwnym, otwartym zakończeniem.

Serdecznie polecam obejrzeć, tym bardziej, że (niestety) nie jest długi, a jeśli kogoś by to miało przekonać, to warto chociażby z faktu, że gra tam Cybulski.

- X

PS. Film się nazywa "Pociąg" (wiem, w porę)

JESTEM TEŻ TUTAJ

Komentarze